10.12.2011 skończono malować most kolejowy pod Edynburgiem. W związku z tym pozwoliłem sobie przeprowadzić wywiad z jednym z malarzy tam pracujących. Oto on:
- Dzień dobry.
- Dzień dobry.
- Kim pan jest z zawodu?
- Malarzem The Forth Rail Bridge.
- Nie po prostu malarzem?
- Niewielu ludzi o tym myśli, ale malarz to określenie grupy zawodów. Malarz pokojowy maluje farbami na przykład emulsyjnymi. Musi kłaść równo, zanim rozpowszechniły się wałki musiał wiedzieć w którą stronę ciągnąć pędzlem, w zależności od położenia okien itp. Malarz masztów radiowych musi być alpinistą, nie tylko nie bać się wysokości, ale umieć obsługiwać się z linami i osprzętem. Farby, którymi maluje są trujące. Ale nikt nie wymaga, żeby było ładnie pomalowane. Ma być zabezpieczone przed korozją i jakoś wyglądać z daleka.
- To może malarz konstrukcji metalowych na wysokości?
- Haha, za długa nazwa, żeby ją wpisywać w dokumentach.
- Malarz mostów?
- Nie, nie. Musi Pan zrozumieć sytuację. The Forth Rail Bridge został oddany do użytku w 1890 roku przez Księcia Walii. To imponująca konstrukcja długa na 2 kilometry. W pierwszym roku pracy przejechało po nim 50 000 pociągów. Naprawdę wielkie dzieło inżynierskie. Projektanci nie przewidzieli tylko jednego drobiazgu. Wie Pan co niesie ze sobą morska bryza? Ta sama, która rozwiewa włosy pięknych aktorek w niejednym filmie? Sól. A sól i wilgoć plus metal równa się korozja. Ten most od stu dwudziestu lat jest niemal bez przerwy malowany. To jest wojna, między nami a rdzą, o utrzymanie mostu. Wie pan, że to był jeden z głównych celów Luftwaffe na początku wojny?
- Sól, czy piękne aktorki?
- Haha.
- Przepraszam. Wiem, odrobiłem swoją pracę domową. Ale w żadnych materiałach nie ma, jak to wyglądało z perspektywy malarzy.
- O 2:30 po południu, szesnastego października 1939 roku dziewięć szwabskich junkersów zaczęło pierwszą bitwę powietrzną z Wielką Brytanią od 1918 roku. Tu, nad tym mostem. Bogu, obronie powietrznej, Royal Navy i RAF’owi niech będą dzięki, że most przetrwał. Ale wie Pan, co Panu powiem? Gdyby nie my, z zawodu malarze The Forth Rail Bridge, ten most zawalił by się już parę razy, zeżarty przez korozję.
- Czy to oznacza, że w Edynburgu są szkoły uczące jak malować ten konkretny most? Naprawdę wpisuje Pan malarz The Forth Rail Bridge w rubrykę zawód?
- Nie, oczywiście, że nie ma takich szkół, tak jak i oficjalnego zawodu. Ale w Edynburgu, jeśli pan powie, że jest malarzem, to pierwsze pytanie zawsze jest: mostu?
- Rozumiem. Czyli przez całe życie…, ile to już lat?
- Trzydzieści cztery.
- Przez ponad trzydzieści lat maluje Pan jeden most. Nie męczy to Pana, nie nudzi?
- Nie. Jak już mówiłem, to jest więcej niż most. To jest historia. Poprzedni most, Tay Bridge, zawalił się zabijając siedemdziesięciu ludzi, pasażerów pociągu. Tylko przez chciwość kolei, które nie chciały zainwestować w nową konstrukcję.
- Podczas budowy The Forth Rail Bridge pięćdziesięciu trzech ludzi straciło życie, stu sześciu zostało rannych.
- Wie Pan, każda historia ma swoją ciemną stronę. Ja jestem tylko malarzem, który starał się utrzymać tą konstrukcję w stanie używalności.
- Jak pan został malarzem TFRB?
- Przez ojca, można powiedzieć, że to rodzinna tradycja.
- Pana ojciec też był malarzem TFRB?
- Tak, a przed nim jego ojciec.
- Kawał historii, może Pan coś o tym opowiedzieć?
- Dziadek był w pierwszej ekipie malującej most. Jeszcze przed otwarciem. Wtedy jeszcze nie przeczuwali co się stanie. Opowiadał, że przed otwarciem panowała euforia, nasza lokalna wersja karnawału w Rio.
- A co było potem?
- Potem się okazało to, co już teraz nikogo nie dziwi – korozja zaczęła działać dużo, dużo szybciej niż przewidywali jajogłowi. Trzeba było ratować most, remontować, malować. Dziadek znowu się znalazł w ekipie malującej TFRB, jak większość malarzy z pierwszej ekipy.
- I malował Rail Bridge już do końca życia.
- Tak. W 1912 wygrał zawody na szybkość. Wie Pan, robili zakłady. Kto pomaluje najwięcej za jednym razem, kto pomaluje całą belkę w ciągu dnia itp. Konkurencja była duża, wszyscy znali ten most jak własną kieszeń, wszystkie zakamarki i trudne punkty. Z nowymi wygrywało się wybierając tą właściwą z dwóch identycznych belek.
- Co na to kierownictwo?
- Przymykali na to oko. Ludzie musieli mieć jakąś rozrywkę. Spędzali na tym moście całe życie. Wie pan, że było na nim kilkanaście ślubów?
- O tym nigdzie nie piszą.
- Głównie właśnie malarzy. Całe życie spędzali na moście, to i żenili się na nim.
- Pański dziadek również?
- Nie. Jemu ten cholerny kawał rdzy zabrał życie, jak to określała babcia. Dlatego nie chciała, żeby mój ojciec szedł w ślady dziadka. Nie udało jej się.
- Jak to było z Pańskim dziadkiem?
- To było w trzydziestym trzecim. Pod wieczór kończył malować szczyt środkowej wieży. Policja mówiła, że musiał przyjść wyjątkowo silny podmuch wiatru. To była wietrzna jesień. Jeden z karabinków się rozgiął, dziadek spadł i zatrzymał się na kratownicy kilkadziesiąt metrów niżej. Nie było co zbierać. Od tamtej pory zaostrzyli procedury sprawdzania sprzętu itd. Ale to nie była niczyja wina. Pech.
- Mimo to Pański ojciec też został malarzem TFRB.
- Malował od skończenia szkoły, aż do emerytury. Prawdziwy człowiek mostu. Na starość przesiadywał po pubach i opowiadał mostowe przygody, hehe. Też będę niedługo tak robił.
- Opowie Pan jakąś?
- Większość takich historii i tak jest zmyślona. Wszyscy to wiedzą, bo każdy ma jakiegoś malarza w rodzinie, haha. Proszę się przejść do któregokolwiek pubu, to usłyszy ich pan w nadmiarze. Po trzydziestu paru latach pracy na moście mogę panu powiedzieć jedno. Nie ma nic piękniejszego niż wschód słońca nad Forth, oglądany ze stu metrów nad wodą.
- Miał Pan jakieś osiągi w zawodach, czy już ich nie ma?
- W dziewięćdziesiątym siódmym pobiłem rekord najdłuższego malowania. Cztery dni, sześć godzin i trzydzieści cztery minuty. Wszyscy mi kibicowali, żona przynosiła jedzenie. Ciężko było, wiatr, dni i noce na malarskiej ławce, tylko pędzel i liny. Teraz już rekord zostanie przy mnie na zawsze.
- Właśnie, nowa technologia odebrała wam pracę.
- To się jeszcze okaże, już różne wynalazki próbowaliśmy na rdzawym panie [rusty man, przyp. tłum.], tak go nazywamy, i przyroda wszystkiemu dawała radę. A na poważnie, może to i dobrze. Mi już niewiele zostało do emerytury, jakoś dożyję. Mój syn nie chce mieć z mostem nic wspólnego. Studiuje, chce zostać chemikiem. Jest coś pięknego w tym, że moja rodzina była przy tym od początku do końca. Przez trzy pokolenia malowaliśmy most i w końcu nam się udało, haha.
- Dziękuję za rozmowę.
- Dziękuję.
ps. Oczywiście: wszystkie (prawie) zdarzenia i postacie są fikcyjne.
Najnowsze komentarze