02
sty
12

Most

10.12.2011 skończono malować most kolejowy pod Edynburgiem. W związku z tym pozwoliłem sobie przeprowadzić wywiad z jednym z malarzy tam pracujących. Oto on:

- Dzień dobry.
- Dzień dobry.
- Kim pan jest z zawodu?
- Malarzem The Forth Rail Bridge.
- Nie po prostu malarzem?
- Niewielu ludzi o tym myśli, ale malarz to określenie grupy zawodów. Malarz pokojowy maluje farbami na przykład emulsyjnymi. Musi kłaść równo, zanim rozpowszechniły się wałki musiał wiedzieć w którą stronę ciągnąć pędzlem, w zależności od położenia okien itp. Malarz masztów radiowych musi być alpinistą, nie tylko nie bać się wysokości, ale umieć obsługiwać się z linami i osprzętem. Farby, którymi maluje są trujące. Ale nikt nie wymaga, żeby było ładnie pomalowane. Ma być zabezpieczone przed korozją i jakoś wyglądać z daleka.
- To może malarz konstrukcji metalowych na wysokości?
- Haha, za długa nazwa, żeby ją wpisywać w dokumentach.
- Malarz mostów?
- Nie, nie. Musi Pan zrozumieć sytuację. The Forth Rail Bridge został oddany do użytku w 1890 roku przez Księcia Walii. To imponująca konstrukcja długa na 2 kilometry. W pierwszym roku pracy przejechało po nim 50 000 pociągów. Naprawdę wielkie dzieło inżynierskie. Projektanci nie przewidzieli tylko jednego drobiazgu. Wie Pan co niesie ze sobą morska bryza? Ta sama, która rozwiewa włosy pięknych aktorek w niejednym filmie? Sól. A sól i wilgoć plus metal równa się korozja. Ten most od stu dwudziestu lat jest niemal bez przerwy malowany. To jest wojna, między nami a rdzą, o utrzymanie mostu. Wie pan, że to był jeden z głównych celów Luftwaffe na początku wojny?
- Sól, czy piękne aktorki?
- Haha.
- Przepraszam. Wiem, odrobiłem swoją pracę domową. Ale w żadnych materiałach nie ma, jak to wyglądało z perspektywy malarzy.
- O 2:30 po południu, szesnastego października 1939 roku dziewięć szwabskich junkersów zaczęło pierwszą bitwę powietrzną z Wielką Brytanią od 1918 roku. Tu, nad tym mostem. Bogu, obronie powietrznej, Royal Navy i RAF’owi niech będą dzięki, że most przetrwał. Ale wie Pan, co Panu powiem? Gdyby nie my, z zawodu malarze The Forth Rail Bridge, ten most zawalił by się już parę razy, zeżarty przez korozję.
- Czy to oznacza, że w Edynburgu są szkoły uczące jak malować ten konkretny most? Naprawdę wpisuje Pan malarz The Forth Rail Bridge w rubrykę zawód?
- Nie, oczywiście, że nie ma takich szkół, tak jak i oficjalnego zawodu. Ale w Edynburgu, jeśli pan powie, że jest malarzem, to pierwsze pytanie zawsze jest: mostu?
- Rozumiem. Czyli przez całe życie…, ile to już lat?
- Trzydzieści cztery.
- Przez ponad trzydzieści lat maluje Pan jeden most. Nie męczy to Pana, nie nudzi?
- Nie. Jak już mówiłem, to jest więcej niż most. To jest historia. Poprzedni most, Tay Bridge, zawalił się zabijając siedemdziesięciu ludzi, pasażerów pociągu. Tylko przez chciwość kolei, które nie chciały zainwestować w nową konstrukcję.
- Podczas budowy The Forth Rail Bridge pięćdziesięciu trzech ludzi straciło życie, stu sześciu zostało rannych.
- Wie Pan, każda historia ma swoją ciemną stronę. Ja jestem tylko malarzem, który starał się utrzymać tą konstrukcję w stanie używalności.
- Jak pan został malarzem TFRB?
- Przez ojca, można powiedzieć, że to rodzinna tradycja.
- Pana ojciec też był malarzem TFRB?
- Tak, a przed nim jego ojciec.
- Kawał historii, może Pan coś o tym opowiedzieć?
- Dziadek był w pierwszej ekipie malującej most. Jeszcze przed otwarciem. Wtedy jeszcze nie przeczuwali co się stanie. Opowiadał, że przed otwarciem panowała euforia, nasza lokalna wersja karnawału w Rio.
- A co było potem?
- Potem się okazało to, co już teraz nikogo nie dziwi – korozja zaczęła działać dużo, dużo szybciej niż przewidywali jajogłowi. Trzeba było ratować most, remontować, malować. Dziadek znowu się znalazł w ekipie malującej TFRB, jak większość malarzy z pierwszej ekipy.
- I malował Rail Bridge już do końca życia.
- Tak. W 1912 wygrał zawody na szybkość. Wie Pan, robili zakłady. Kto pomaluje najwięcej za jednym razem, kto pomaluje całą belkę w ciągu dnia itp. Konkurencja była duża, wszyscy znali ten most jak własną kieszeń, wszystkie zakamarki i trudne punkty. Z nowymi wygrywało się wybierając tą właściwą z dwóch identycznych belek.
- Co na to kierownictwo?
- Przymykali na to oko. Ludzie musieli mieć jakąś rozrywkę. Spędzali na tym moście całe życie. Wie pan, że było na nim kilkanaście ślubów?
- O tym nigdzie nie piszą.
- Głównie właśnie malarzy. Całe życie spędzali na moście, to i żenili się na nim.
- Pański dziadek również?
- Nie. Jemu ten cholerny kawał rdzy zabrał życie, jak to określała babcia. Dlatego nie chciała, żeby mój ojciec szedł w ślady dziadka. Nie udało jej się.
- Jak to było z Pańskim dziadkiem?
- To było w trzydziestym trzecim. Pod wieczór kończył malować szczyt środkowej wieży. Policja mówiła, że musiał przyjść wyjątkowo silny podmuch wiatru. To była wietrzna jesień. Jeden z karabinków się rozgiął, dziadek spadł i zatrzymał się na kratownicy kilkadziesiąt metrów niżej. Nie było co zbierać. Od tamtej pory zaostrzyli procedury sprawdzania sprzętu itd. Ale to nie była niczyja wina. Pech.
- Mimo to Pański ojciec też został malarzem TFRB.
- Malował od skończenia szkoły, aż do emerytury. Prawdziwy człowiek mostu. Na starość przesiadywał po pubach i opowiadał mostowe przygody, hehe. Też będę niedługo tak robił.
- Opowie Pan jakąś?
- Większość takich historii i tak jest zmyślona. Wszyscy to wiedzą, bo każdy ma jakiegoś malarza w rodzinie, haha. Proszę się przejść do któregokolwiek pubu, to usłyszy ich pan w nadmiarze. Po trzydziestu paru latach pracy na moście mogę panu powiedzieć jedno. Nie ma nic piękniejszego niż wschód słońca nad Forth, oglądany ze stu metrów nad wodą.
- Miał Pan jakieś osiągi w zawodach, czy już ich nie ma?
- W dziewięćdziesiątym siódmym pobiłem rekord najdłuższego malowania. Cztery dni, sześć godzin i trzydzieści cztery minuty. Wszyscy mi kibicowali, żona przynosiła jedzenie. Ciężko było, wiatr, dni i noce na malarskiej ławce, tylko pędzel i liny. Teraz już rekord zostanie przy mnie na zawsze.
- Właśnie, nowa technologia odebrała wam pracę.
- To się jeszcze okaże, już różne wynalazki próbowaliśmy na rdzawym panie [rusty man, przyp. tłum.], tak go nazywamy, i przyroda wszystkiemu dawała radę. A na poważnie, może to i dobrze. Mi już niewiele zostało do emerytury, jakoś dożyję. Mój syn nie chce mieć z mostem nic wspólnego. Studiuje, chce zostać chemikiem. Jest coś pięknego w tym, że moja rodzina była przy tym od początku do końca. Przez trzy pokolenia malowaliśmy most i w końcu nam się udało, haha.
- Dziękuję za rozmowę.
- Dziękuję.

ps. Oczywiście: wszystkie (prawie) zdarzenia i postacie są fikcyjne.

24
sty
11

Jeden Mamut Rozpudy nie zadepcze

ale stado już by miało szanse ;) Rzecz nie w mamucie oczywiście, tylko w możliwości odtworzenia gatunku wymarłego kilka tysięcy lat temu. A skoro kilka tysięcy lat, to i kilkaset i nawet jutro, czy za lat dziesięć.

- Złaź pan z tego drzewa panie ekolog. Patrz pan, o! lodóweczka. A w niej co? Wódeczka. Chodź pan, napijemy się, miejsce się zrobi, to się wsadzi tego świstuna i po sprawie. Będziesz pan chciał, to się odtworzy.

Ba, ekolog by się zaperzył, że tu całego ekosystemu trzeba, żeby świstun miał gdzie żyć. Ale za lat kilka, może trochę więcej :) i to będzie możliwe. Zanim autostrada wejdzie w unikalny ekosystem, który powstawał tysiące lat, wejdą biolodzy. Zanalizują, pobiorą próbki i będą w stanie odtworzyć w lat kilka. W Australii, na Marsie, albo i sto metrów obok. Tak myślę, że to przemieli system wartości ekologicznych. Bo teraz jest on mierzony owymi tysiącami lat. Jak posadzę 50 drzew, jak wyrosną piękne i zdrowe, to mogę je sobie ściąć i nikt słowa nie piśnie. A przecież, to też są organizmy żywe, co więcej, tam też wytworzył się ekosystem przez te kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat.

Być może mamut jest trochę przyciężką jaskółką zwiastującą schyłek ekologii próbującej zachować to, co istnieje fizycznie i powstanie nowej, zachowującej naturę w postaci wiedzy. I tu wracamy do ekologicznego systemu wartości. Bo czy zapis naturalnego ekosystemu na dysku komputera jest więcej warty niż zapis równie skomplikowanego ekosystemu wymyślonego? A skoro możemy odtworzyć dowolny, to czy istniejący fizycznie jest więcej warty niż ów zapis?

06
sty
11

Analogowa dusza

Clu 2.0 w Tron: Dziedzictwo jest stworzony “całkowicie w CG”. Konkretnie – został komputerowo stworzony model 3D Jeffa Bridgesa mającego ok. 30 lat, a potem został zatrudniony żywy Jeff Bridges i użyta technika motion capture, żeby model ożywić (raczej nie w tej kolejności ;) ).

Chętnie bym przeprowadził taki eksperyment: posadził przed filmem kogoś, kto nie wie, kto to jest Jeff Bridges, a przede wszystkim ile ma lat, pozwolił niczego nie podejrzewającemu(ej) obejrzeć obraz. Potem bym zadał pytanie – który Jeff był wspomagany komputerowo, a który całkowicie żywy? Najciekawszy, według mnie, scenariusz brzmi – owa osoba odpowiedziała by po zgodnie z prawdą i pewnie.

Czemuż by miała tak odpowiedzieć? Mogłoby to być spowodowane niedoskonałościami techniki, ale mogłoby też oznaczać istnienie duszy, która rozpoznaje drugą żywą istotę. Ujmując to technicznie – Bridges postarzał się o prawie 30 lat, powinniśmy to rozpoznać pomimo komputerowej symulacji wyglądu młodszej twarzy. To byłby niepewny i niebezpośredni dowód na istnienie ducha.

Ja dowiedziałem się z internetu, już po obejrzeniu filmu, tych wstydliwych faktów o bohaterach.

25
lut
10

Kluczowa rola Sprzątaczki w tworzeniu procesora

Wczoraj w pracy zostałem wytropiony po śladach przez sprzątaczkę, po czym obsztorcowany za niedokładne wytrzepywanie butów. Dzisiaj natomiast przeczytałem w SODzie suplement do artykułu o Ślepowidzeniu Watts’a, tyczący świadomości. To oczywiście wywołało dalsze, już samodzielne moje rozważania i tak, tropem trójcy – świadomość – wolna wola – inteligencja doszedłem do tej ostatniej.

Od jakiegoś czasu jestem zwolennikiem definicji inteligencji jako zdolności do rozwiązywania problemów. Zgodnie z nią nazywanie granulek proszku inteligentnymi jest jak najbardziej uzasadnione, a detergent, ze swoją zdolnością do wyodrębniania i izolowania tłuszczu jest nawet w pewnych dziedzinach (mycia) na wyższym poziomie niż człowiek (jeśli nie uwzględnimy, kto kogo wymyślił).

Ma taka definicja i inne konsekwencje. Nie od dziś wiadomo, że procesory stały się tak skomplikowane, że  jeden człowiek nie jest w stanie zrozumieć w pełni ich działania, pojedynczy naukowiec nie jest w stanie zaprojektować procesora od początku do końca. Pomimo tego nowe generacje powstają i są coraz szybsze i sprawniejsze. Wniosek z tego taki, że inteligencja korporacji Intela czy AMD jest znacząco wyższa niż dowolnego pojedynczego człowieka.

Z zewnątrz, jeśli patrzymy na korporację jak na czarą skrzynkę, wygląda to pięknie, ale przecież wiemy z czego ona się składa. Można więc się pokusić o dokładniejsze umiejscowienie inteligencji firmy. Mamy managerów, projektantów, wykonawców, komputery, roboty i ‘last but not least’ sprzątaczki (tak, to model bardzo uproszczony). Pamiętajmy, inteligencję mierzymy sprawnością wykonania procesora. Projektanci i wykonawcy są niezbędni, także narzędzia którymi się posługują (tu sprowadzone do komputerów i robotów). Zarządzanie tym wszystkim jest też niestety konieczne, chociaż obecnie próbuje się trochę tę konieczność załagodzić. A sprzątaczki, co mają sprzątaczki do projektów, do wykonania, do zarządzania? Nic. I to jest błąd. Wyrzućmy sprzątaczki, a wszystko zacznie zarastać brudem, ręce zaczną się przyklejać do klawiatur, a monitory ginąć pod górami śmieci. No nie da się tak pracować, więc można albo pracować przestać, albo część sił i czasu poświęcić na sprzątanie. Wybór jest pomiędzy poddaniem się, a zmniejszeniem efektywności, w uproszczeniu równoznacznym ze zmniejszeniem inteligencji.

Ergo – sprzątaczki przyczyniają się do tworzenia procesorów (czyli są częścią inteligencji je tworzącej) tak samo jak projektanci, wykonawcy itd., podobnie zresztą jak każdy inny element korporacji.

13
sty
10

Magenta

Niebieski, fiolet, głęboka purpura i dalej róż, w końcu czerwień. Płynne przejście kolorów. A fizycznie? Niebieski – 460nm, i idziemy w dół – fiolet – do 350nm, dalej nie widać. Od początku: czerwień – 750nm, drugi koniec skali, czyli przeskok, i znowu w dół do zielonego. Barwy królów brak, nie ma, fizycznie nie istnieje kolor, który widzimy, czysta fantazja. Jak…, czemu…?

A jak zinterpretować kolor, gdy czopki światła niebieskiego i czerwonego dają znać? Zielony. Jest między nimi, ale zielony milczy – więc wirtualna barwa, gdy brak zielonego, a są pozostałe dwa, wszak jedno miejsce nie może mieć dwóch kolorów naraz.

Czy może być bardziej wymowny przykład na subiektywne działanie naszych zmysłów, a szczególnie mózgu? Wzrok to podstawowy zmysł człowieka.

Inaczej, co mózg wie o falach elektromagnetycznych? Nic. Co wie o czopkach? To, że są trzy rodzaje, że każdy ma maksimum czułości i im dalej od niego, tym są mniej czułe. Jaka jest jakościowa różnica między odbiorem z czopków koloru czerwonego i niebieskiego, a, dajmy na to, zielonego i niebieskiego? Żadna. Więc naturalnie – koło zamknięte, trzy maksima i przejścia między nimi, sztuczna cykliczność, zrodzona z niedoskonałości odbioru liniowości: widziana nie cała i nie jednym, a trzema czujnikami.

Ile z tego, co widzimy odpowiada fizycznej prawdzie, ile z tego co odbieramy, co myślimy? Wzrok to podstawowy zmysł człowieka.

Inaczej, obiektywny świat i nasz odbiór świata: czy w tych skomplikowanych zależnościach między nimi jest coś stałego, albo obiektywnego, czy tylko subiektywne wrażenia? Na ile nasz umysł jest oderwany od niego, przecież nie odbieramy świata bezpośrednio, sczytujemy tylko dane z czujników. Takich jak czopki. Wzrok to podstawowy zmysł człowieka, prawdopodobnie najdoskonalszy i najlepiej oddający prawdę. A purpura?

16
wrz
09

Dystrykt 9

Znacie to uczucie, pierwsze wrażenie właściwie, gdy patrzy się na średnie zdjęcie zwykłej ulicy, w które ktoś umiejętnie wmontował protosskiego dragoona? Mniejsza o to co to jest protosski dragoon, dajmy na to, że pojazd obcych, ale uwierzyć przez chwilę, choćby najkrótszą, że zobaczy się go jak się wyjrzy przez okno, na trawniku przed domem… to jest uczucie o którym mówię. Taki jest właśnie Dystrykt 9.

Efekt jest osiągnięty dwoma środkami, pierwszy, to modne ostatnio kręcenie w stylu dokumentalnym, z tym, że tu cały film udaje dokument. Zwykle stosuje się parę ujęć z ręki (a raczej markujących ujęcia z ręki), ale było też parę filmów wykorzystujących technikę w całej pełni, choćby Project Monster, czy [Rec]. Drugi środek, to ludzie, którzy się zachowują jak ludzie, korporacje, jak korporacje itd. Jednym słowem, bardzo zadbano o realizm i jest to wielki atut filmu.

Drugim atutem są wspomniani wcześniej ludzie.  Postawieni (zwłaszcza jeden) w dziwnej, mogącej się zdarzyć tylko w SF sytuacji, reagują jak ludzie. Wykracza to poza potrzebę urealnienia filmu, daje do myślenia, jest niewątpliwie jednym z powodów, dla których warto interesować się fantastyką naukową – można postawić bohaterów w niewyobrażalnej w innych warunkach sytuacji i zobaczyć co zrobią, dowiedzieć się czegoś o nas samych.

Przejdźmy do minusów – obcy. Nie, nie są źle zrobieni, wizualnie i dźwiękowo nie mam im nic do zarzucenia (na marginesie – nie mówią po angielsku ani w żadnym innym ludzkim języku, mówią po swojemu ;) ), również przewijający się w tle statyści obcych są OK (w końcu to tylko statyści ;) ), ale ten, którego poznajemy lepiej, zachowuje się podejrzanie znajomo – jak inteligentny, łagodny z usposobienia człowiek.

Film, mówię teraz o całości, jest bardzo dobry. Nie “jak na film SF”, jak na film. Należy do podgatunku, który wykorzystując realia SF próbuje coś powiedzieć o ludziach tu i teraz. Nie będę, za autorami recenzji które czytałem, mówił, że jest genialny i przełomowy. Niemniej rozumiem entuzjazm, sam jestem ofiarą kilkunastoletniej posuchy, przerwanej kilkoma zaledwie dobrymi obrazami. Dystrykt 9 niewątpliwie do nich należy.

07
wrz
09

Adwokat diabła

Właśnie obejrzałem po raz kolejny Adwokata diabła. Nie wiem, czy lubię ten film. Owszem, jest genialny, a jego wielkość przejawia się również w tym, że zostawia jakiś oślizgły osad na duszy. Ślad zła nie groźnego, okrutnego, wielkiego, tylko właśnie małego, szlamowatego i tak bardzo bliskiego. Człowiek wie, że mógłby pogrążyć się tak jak główny bohater, w istocie czuje, że wielokrotnie to robi.

Najstraszniejsze jednak  jest to, że w filmie, pomimo świetnej kreacji Ala Pacino, nie ma diabła. Jest tylko, że tak powiem, figura retoryczna, ale wszystkie decyzje i uczucia są ludzkie, od ludzi pochodzą i do nich wracają.

01
wrz
09

X-Wing vs. Y-Wing

Czyli co robią prawdziwi fani SF zamiast pisać głupoty na blogu ;) Kilka słów o modelu X-Winga, zaraz na początku link do filmiku ze startu. Ja tylko dodam link do filmiku, który pokazuje co się naprawdę stało ;) A tu link do Y-Winga. Wiem, że to było ze dwa lata temu, ale nie mogłem nie umieścić.

Miłego oglądania :)

30
sie
09

Fizyka rzeczy niemożliwych

Niedawno przeczytałem książkę “Fizyka rzeczy niemożliwych” Michio Kaku. Autor jest uznanym fizykiem teoretykiem, zajmującym się głównie teorią strun. W książce próbuje w popularnonaukowy sposób odpowiedzieć na pytanie, na ile możliwe jest skonstruowanie wymysłów autorów SF. Wśród nich między innymi pola siłowe, teleportacja, prędkość nadświetlna, telepatia, a nawet perpetuum mobile.

Niewątpliwym plusem jest szerokie podejście do tematu. Rozdziały zaczynają się zwykle od przykładów filmów, seriali i książek w których dany pomysł był wykorzystany. Kaku często opisuje też historię badań, czy fascynacji przedmiotem poczynając od czasów starożytnych, na naszych kończąc, nie brakuje też paru informacji z życia słynnych naukowców. Sednem jednak jest analiza na ile współczesna nauka zezwala na urzeczywistnienie prezentowanych rozwiązań, ocena czy i kiedy kiedy będziemy w stanie to zrobić, propozycje różnych realizacji. Jeśli coś jest według autora niemożliwe, próbuje znaleźć rozwiązania zapewniające chociaż część funkcjonalności. Większy nacisk jest kładziony na możliwości teoretyczne niż techniczne, jednak bez pomijania tych ostatnich. Jedynym moim zarzutem jest zbytnie skracanie niektórych wyjaśnień, osobiście bym wolał, żeby książka była nieco bardziej naukowa, a nieco mniej popularna.

Książkę czyta się bardzo dobrze. Można się dowiedzieć nie tylko podstaw naukowych wymysłów autorów SF, ale też nieco z historii nauki, czy osiągnięć fizyki. Jeśli ktoś planuje stworzyć coś z gatunku SF, jest to pozycja obowiązkowa, a innym po prostu szczerze polecam :)

18
sie
09

Skąd się wzięła świadomość

Poprzedni post zacząłem w środku i nie dokończyłem, w tym postaram się to nadrobić. Po pierwsze (co powinno się znaleźć na końcu tamtego wpisu) nie uważam, że auto-wiedza o własnym stanie jest najważniejszą formą świadomości u ludzi. Wprost przeciwnie, jest to tylko punkt wyjścia do właściwej wartości, jaką jest, nie wnikając w szczegóły, poczucie własnego ja. Bez niego inteligencja jest tylko mocą obliczeniową, a pojęcie wolnej woli nie ma sensu. Bez niego nie ma ‘mnie’ jako samodzielnej, odrębnej istoty, nie ma uczuć wyższych. Czym jest to poczucie, czy można je udoskonalić, albo zmienić, itd. to pytania, na które jak na razie próbują odpowiedzieć filozofia i religia, a nie nauki ścisłe. Od siebie powiem tylko, że rozwój tego aspektu świadomości jest dużo ważniejszy niż to, o czym pisałem poprzednio.

Druga sprawa, to prezentowane przeze mnie podejście do rozwoju świadomości. Jest ono widoczne, ale nie wyjaśnione w poprzednim wpisie, więc spieszę naprawić ten błąd. Wynika ze skażenia umysłu pięcioma latami studiów technicznych, z czego dwa ostatnie dotyczyły robotyki ze sporą domieszką automatyki. Patrząc od tej strony, możemy zamodelować zwierzę jako automat, który ma kilka zadań – przeżyć, rozmnożyć się, ochronić stado… Specjalnie używam słowa zamodelować. Nie mówię, że zwierzęta są automatami, ale stosując to podejście można łatwo pokazać pokazać pewne (nie wszystkie) istotne cechy. Wracając do tematu, wszystkie zadania wymuszają interakcję ze środowiskiem. Prześledźmy kolejne stopnie skomplikowania automatów zdolnych do takiej interakcji.

  1. Ślepy mechanizm – nic nie wie o środowisku, nic nie wie o sobie, ma zaprogramowaną czynność, którą wykonuje niezależnie od wszystkiego. Taki mechanizm nie ma szans przeżycia, jest raczej teoretycznym punktem wyjścia.
  2. Czujniki zewnętrzne – prosty mechanizm z czujnikiem i zaprogramowanymi reakcjami. Np. bakteria, która zawsze kieruje się w stronę światła.
  3. Fizyczne czujniki wewnętrzne – nadal stosunkowo prosty mechanizm, którego reakcje uzależnione są nie tylko od sytuacji zewnętrznej, ale też wewnętrznej. Np. jeśli jest mały zapas związków energetycznych – kieruje się w stronę światła (powiedzmy, że ma chlorofil), jeśli zapas jest duży – w stronę cienia, (żeby uniknąć drapieżników).
  4. Ilość czujników się zwiększa i dochodzi do sytuacji, w której trzeba zbudować model świata zewnętrznego i własnego ciała, bo działanie na zasadzie prostych zależności jest kompletnie nieefektywne. W tym chyba momencie można mówić o narodzinach psychiki. Automat na podstawie informacji z czujników buduje wewnętrzną, programową/psychiczną reprezentację świata zewnętrznego i stanu własnego ciała. Niekoniecznie je rozróżnia, być może jest to jeden model. Przykładowo, dąży do napełnienia żołądka, ale nie musi wiedzieć, że to jest jego żołądek. Czujnik pustości żołądka to po prostu jeszcze jeden czujnik, taki jak czujnik temperatury, czy światła. Model świata to nic innego jak zbiór reguł opisujących jego działanie. Np. kopnięty kamień leci przez jakiś czas. Działanie automatu polega na próbie zmiany zastanej sytuacji w kierunku pożądanym. Ponieważ dysponuje modelem, może przewidywać co się stanie bez faktycznego działania (wypróbowywać różne scenariusze), może też uogólniać i wykorzystywać ‘twórczo’ wiedzę. Np. wiedząc, że kopnięty kamień leci i że królik uderzony czymś w głowę przestaje uciekać, może kopnąć kamień w kierunku głowy królika, chociaż nigdy tego nie robił i nie ma tego w programie. Dlaczego? Dlatego, że z 10 przeprowadzonych symulacji wyszło, że to daje największe szanse na zatrzymanie obiadu.
  5. Czujniki psychiczne – w pewnym momencie psychika, rozumiana jako połączenie modeli świata i własnego ciała, oraz algorytmów działania, staje się na tyle skomplikowana, że zaczyna posiadać własny stan, który wpływa na działanie całego automatu. W tym momencie zachodzi konieczność włączenia tego stanu do modelu. Co to jest za stan? Np. pożądanie – chwilowa zmiana celów, głód i ochrona przed drapieżnikami są nieco mniej ważne, trzeba zapłodnić samicę.
  6. Świadomość – jeszcze tylko boża iskra i mamy świadomą istotę. Mając model własnej psychiki (przechowywany zresztą w tejże psychice) automat ma wszystko, co potrzebne do bycia świadomym – wiedzę o samym sobie, o tym, że istnieje i ma psychikę. W pewnym momencie, być może tak jak pożądanie w ostatnim przykładzie, zaczyna odczuwać swoje istnienie. Rodzi się świadomość.
  7. Dalej następuje rozwój świadomości i modelu psychiki. Pojawiają się uczucia wyższe (przyjaźń, nienawiść,…), potrzeba piękna itp. które zapewne mają swoje źródła gdzieś we wcześniejszych fazach, ale stanową zupełnie odrębne wartości, nie związane z pierwotnymi celami (jak przeżycie, rozmnożenie się, …).

Jak to się dokładnie dzieje, że automat zyskuje świadomość, oczywiście nie wiem (a jakbym wiedział, to zgłosiłbym się po Nobla, a nie pisał o tym na blogu ;) ). Niemniej, podejście od strony automatyki wyjaśnia mechanizmy prowadzące do powstania świadomości i podpiera tezę, że jest to zjawisko zupełnie naturalne, a wręcz nieuniknione w trakcie rozwoju. Oczywiście nie wyczerpuje absolutnie tematu, ale myślę, że jest ciekawym głosem w dyskusji.




Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.